Szakszuka, czyli żydowska jejecznica

szakszuka

Na wieczór ćwiczenia z kuchni żydowskiej. Szakszuka, czyli jajecznica na pomidorach. Bardzo polecam, gdyż jest strawniejsza od zwyczajnej, niestety – coś za coś – wymaga więcej czasu. Potrzeba około kilograma dojrzałych pomidorów, najlepiej malinowych, 1 czerwona papryka, czosnek, sól pieprz, ja jadę po azjatycku na ostro, więc jeśli kto chce łagodniej trzeba przepis zmodyfikować. Porcja na 2 osoby, czyli 6 jajek. Do większej porcji potrzebna jest większa patelnia i więcej pomidorów. No to jazda!
Ceramiczną lub żeliwną patelnię rozgrzewamy, dajemy oliwę z oliwek (wytłoki, bo szkoda dobrej oliwy do smażenia). Podaję jak ja to robię, więc proszę pytać jak modyfikować. Ma rozgrzany, ale nie dymiący tłuszcz wrzucam pól łyżeczki od herbaty lub ciut więcej ziaren kuminu. Ziarna zaczynają skwierczeć i pękać, a w kuchni zaczyna pachnieć. Dosypuję garam masala, około pół łyżeczki. Dorzucam dwa rozgniecione ząbki czosnku. Nie pozwalam im zbrązowieć. dorzucam pokrojoną paprykę do której dosypuję łyżkę słodkiej papryki w proszku. Mieszam chwilę tak by nie zaczęło dymić. Wrzucam pokrojone pomidory. Mieszam i pozwalam im się dusić około 40 min. Czas zależy od wielkości patelni. Dokładam nieco koncentratu pomidorowego. Sól pieprz, ja dodaję chili. I teraz rzecz polega na wykombinowaniu momentu, pomidory muszą zgęstnieć , ale nie do końca. Na wierzch wbijam jajka i pozwalam im się gotować na pomidorach. Jeśli zabytnio wygotujemy pomidory w czasie smażenia jajek zaczną się przypalać, jak zbyt słabo jajka będą pływać w rzadkim soku. Troszkę trzeba ruszać by jajka się ścięły w całości. I to tyle. Patelnia, chlebek i wsuwamy.

Gwiezdnybadziew, czyli mów mi wuju

star001
Normalnie nie zaglądam do kawiarni starcośtam amerykańskiej proweniencji. Byłem tam dawno temu i zwykle się wystrzegam. Dziś okazało się, że słusznie.
Jak nie mam we krwi kofeiny, to jakoś słabo się czuje, neurony kojarzeniowe leniuchują a myśli płyną w tempie wniosków na import leków w NFZecie. Widmo spadku napędu zagnało mnie do wzmiankowanej sieciówki. Czując jak zwalnia mi zegar biologiczny złożyłem zamówienie nie rozglądając się zbytnio. To był błąd numer dwa, bo pierwszy popełniłem włażąc do tego lokalu. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Pani pyta mnie jak mi na imię. Dziewcze na oko połowę młodsze ode mnie. Stary to ja jestem, ale nie głupi. W dodatku mam w domu lustro i to działające. Zaś wiara, że dwudziestka na wejściu będzie kokietować gościa tak w latach zaawansowanego i pomarszczonego jak czau-czau urąga inteligencji. Zaskoczony sytuacją się przedstawiłem nie przeczuwając niecnych zamiarów. Czekając na kawę zacząłem się rozglądać. I tu nastąpił wstrząs. Spodziewałem się zobaczyć chromowany ekspres zajmujący dostojnie miejsce za barem i stanowiący chlubę kawiarni utwierdzającą w przekonaniu klientów, że tu wiedzą jak kawę robić. Zonk! Stoją dwa pieprzone automaty jak na stacji benzynowej. Panika. Co ja tu robię? Ukradkiem rozglądam się po lokalu czy nikt znajomy mnie nie rozpozna starając się ukryć twarz za kołnierzem. No jak ukryć, jak lato i t-shirt bez kołnierzyka. Litościwie los trzymał moich znajomych z dala od tego miejsca, co też dobrze o nich świadczy. Wstrząśnięty, a nie zmieszany przyłapany w sytuacji niewygodnej ledwie odzyskałem równowagę psychiczną rozglądając  na modłę szpiegowską za stolikiem spowitym cieniem by ukryć się w mroku ze swoją porażką i zyskać czas na opracowanie drogi dyskretnej ewakuacji. Nie na darmo człowiek Hansa Klossa oglądał. Kiedy w tych obmyślaniach wtopiłem się kolorystycznie w kontuar pozostając w bezruchu dla lepszego kamuflażu rozległ się donośny głos miłej pani za barem: – Kawa dla Konrada!
Żesz w mordę, to ja tu całą mimikrę z siebie wyciskam generując na twarzy deseń wykładziny podłogowej i staram się być przezroczysty, a ona oznajmia moją obecność wszem i wobec. Wszystkie światła na mnie. Czuję krople zimnego potu powoli spływającą po kręgosłupie. Jak rewolwerowiec przyłapany tyłem do drzwi w saloonie.
– Zachowaj zimną krew chłopie – myślę sobie. – Żadnych gwałtownych ruchów. Nie ma tu żadnych znajomych. Nikt cię nie pozna – przekonuję sam siebie. Słabo to idzie, bo iskierka niepokoju tli się w mojej jaźni. Biorę kubek i robię krok by umknąć.
– Cukier na stoliku za panem – słyszę za sobą. Litości! Poniechaj mnie kobieto. Biorę swoją kawę oraz wszystkie moje nieszczęścia i chowam się w kącie. I tu wtopa kolejna. Kawa cienka jak sisi świętej Weronisi. Aż korci zapytać czy można smoczek dostać. Jakbym chciał wypić coś bez smaku, bez kofeiny i bez sensu to bym sobie Bebiko kupił. Zły z powodu sytuacji i jeszcze bardziej zły z powodu kiepskiej kawy zaczynam przeżuwać przekleństwa popijane lurą i obmyślać wyszukaną zemstę. Nie ma co się zapalać, zemsta jest daniem najlepiej smakującym na zimno. Znikam z przybytku niosąc swoją gębę.
Nie ma co się nad sobą rozczulać, czas na refleksje. Po pierwsze nie wiem czemu miejsce to zwie się kawiarnią. Może Amerykany nie wiedzą co to kawiarnia? Bo taką kawę to na stacjach benzynowych serwują. Wychodzi na to, że stacja benzynowa bez benzyny to kawiarnia. Takiego wała! We Włoszech na stacji benzynowej dają uczciwe espresso z prawdziwego barowego ekspresu. I cappuccino z mlekiem spienianym wprawnie przez barmana. I to doskonałe. A ta lura, choćby miała 15 smaków, od waniliowego po prażoną cebulkę, pozostaje lurą. Amen.
Po drugie, dorosły jestem i sam sobie wybieram znajomych. Tych, z którymi piję wódkę lub kawę. Są to ludzie, którzy podzielają moje poglądy, do których mam zaufanie i dobrze czuję się w ich towarzystwie. Jeśli jakaś posrana zaatlantycka korporacja sądzi, że może wpieprzać się w moją przestrzeń prywatną poklepując mnie knajacko po ramieniu to się myli. Moja otwartość dotyczy ludzi. Konkretnych. Z twarzą i głosem. Należy do nich Pani, u której co dzień kupują pieczywo. Dziewczyny w pobliskim sklepie, z którymi ucinam sobie pogawędki przy okazji zakupów. Właściciel restauracji naprzeciwko. Młody człowiek, który przyjechał z daleka i pracuje w warsztacie, gdzie zmieniam opony. Czas wykonania usługi pozwala pogadać na tematy mniej lub bardziej ogólne. Ze wszystkimi tymi osobami jestem na Pan czy Pani, bo jest to kwestia szacunku do nich. I nie przeszkadza to w prowadzeniu konwersacji. Jeśli takie skracanie dystansu w Stanach jest normą, niech tak będzie. Nie mam z tym problemu, nawet jeśli normy różne są od naszych, bo ludzie są tacy sami. Jednak kiedy w te buty próbuje włazić korporacja, to mówię won! Mam gdzieś, co umyśliły sobie marketingowe gremia, zakładając, że kupują sobie w ten sposób moją dobrą o nich opinię, wdzięczność czy przychylność. Próbują ukraść mi walutę, którą wymieniam się z innymi by zamienić ją na kasę. Przychylność, uprzejmość wobec ludzi, uśmiech i dobre słowo. Wypieprzajcie. Tak jak Holendrzy kupili od Indian Lenape wyspę Manhattan za koraliki warte 24 dolary, tak samo korporacje chcą wymieniać z nami dukaty za orzechy. Co ciekawe w Azji w kawiarniach tej samej firmy nikt nie odważyłby się wystartować do mnie, czy innego klienta per „ty”. Ja się nie godzę na chamstwo nazywane marketingiem. Dostałem nauczkę i będę się wystrzegał lokali dla zmyły zwanych kawiarniami. Życzliwość wpisana w zakres obowiązków i egzekwowana wedle kwestionariusza jest gówno warta, bo fałszywa. A kawa jest cienka jak dupa węża.

Lato jak zupa gorące

DSC_1888s
Na początek Ryszard w pozie dymnej, gdyż wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Lato latem, a żyć trzeba, czyli jeść także. Niezależnie od wakacyjnego czasu akcje się odbywają i zupa jest. I są chętni na zupę. Jak widać na zdjęciu, nawet niemało.

DSC_1886s

Niewiasty miłe niezwykle chochlą zagarniały z gara i w dość szybkim tempie łyżka zaskrobała o dno. Wszystko co dobre szybko się kończy. Zupa w szczególności. DSC_1883sDSC_1891sDSC_1892sByła również kawa i herbata.
Wszystkim dziękujemy!

Co ty NATO? – czyli trzy dni oblężenie Warszawy

Jutro zaczyna się zjazd NATO w Warszawie. Mieszkańcom i przyjezdnym sugeruję sprawdzić co oznacza „utrudnienie w komunikacji”. Cóż za piękny eufemizm. Utrudnienia to są jak jest stłuczka na trasie Łazienkowskiej. To, co szykują nam natowscy oficjele to komunikacyjny kataklizm. Grupka cwaniaków w garniturach sparaliżuje stolicę, bo chcą się spotkać i pogadać. Zjeść wspólnie obiad i wypić brudzia. Zamknięte Aleje Jerozolimskie z mostem Poniatowskiego, Wał Miedzeszyński, Trakt Królewski, Plac Zamkowy, okolice Teatru Wielkiego. Betonowe kwietniki spod Centralnego zabrali. Do tego wszelkie służby obciążone wrodzoną paranoją będę jeździły na kogutach, patrzyły czy przypadkiem nie podlewasz kwiatów na balkonie. Nawet plaża Poniatówka zamknięta. Chyba żeby paskuda z Wisły nie wylazła i nie dołączyła niepostrzeżenie do obrad. Jak to możliwe, żeby banda 4000 palantów odebrała miasto mieszkańcom? Jeśli faktycznie tak istotne są kwestie bezpieczeństwa, to może spotkaliby się na poligonie w Drawsku. Nikt tam się nie kręci, nie ma ścieżek rowerowych, które trzeba zamknąć, tramwaje nie mają tam przystanków, nie ma taksówkarzy, autobusów i kurierów. A jakie możliwości! Można dla ochrony postawić batalion czołgów, bez obawy o obrazę obyczajów opalać brzuch, pójść na grzyby (jak trafią na psylocyby, to może być najbardziej pojechany zjazd NATO w historii), a wieczorkiem poszarżować czołgiem po łąkach, nawet po kielichu. I wszyscy byliby zadowoleni. Natowscy dygnitarze byliby bezpieczni, a my nie musielibyśmy się chwytać powstańczych sposobów by dostać się do Śródmieścia. A co my na to NATO? A NATO na to nic. Nie ma co się przejmować milionową populacją, bo jest Bardzo Ważne Spotkanie. Już z niecierpliwością czekam na finalny komunikat. Że owocnie, i że stwierdzili i podkreślili, że są zgodni i dostrzegają wagę i widzą konieczność podjęcia kroków. Jakbym chciał posłuchać czegoś w tym stylu, to zadzwonię do zegarynki. Na studiach będąc przeżyłem podobny paraliż stolicy, gdy było ostatnie zebranie Układu Warszawskiego. Czasy się zmieniają, władza również, a arogancja polityków pozostaje niezmienna. Jeżdżenie fajnymi furami przy błyskach niebieskich szklanek widać nie wychodzi z mody. Jakoś nie powstaje refleksja, że cale to towarzystwo jest zwyczajnie w pracy. Potem panowie politycy dziwią się czemu to nikt ich nie lubi. Może jakby spróbowali dać jakiś powód, żeby ich polubić. Warszawa zaś nie takie terminy przetrwała, więc i ten najazd przetrzyma.

Hasselblad X1D – kiedy kura mówi nie, rewolucja niech żyje

X1D_Front34_View.0
Wow, veni, vidi, vici. Zdarza mi się popełnić recenzje sprzętu foto, ale tym razem powstały luźne przemyślenia na temat marki Hasselblad. Ci, którzy pamiętają czasy, kiedy królowała klisza, pamiętają także, co wtedy znaczyła marka Hasselblad. Każdy fotograf, który potrafił zrobić fotkę marzył o tym sprzęcie. Hasselbladem pracowali najlepsi. Richard Avedon fotografował modowe piękności, Ansel Adams zabierał w Yosemity. Hassy był nawet na księżycu z misją Apollo. Doskonała maszyna, precyzyjnie wykonana i niezawodna oraz świetne szkła przyczyniły się do jego popularności. Czas zdjęć na celuloidzie przeminął i firma, jak wiele innych, znalazła się na zakręcie. Podstawą ewolucji jest twierdzenie: przystosuj się lub zgiń. Ewolucja technologiczna zaczęła przyspieszać i zaskoczyła decydentów ogromnych koncernów w krzakach z opuszczonymi gaciami. Jakoś do zwykłego biznesu nie stosują się prawidła wymyślone przez polityków i branżę finansową, czyli za wielki by upaść. Ślepe ostrze rynku wymordowało całą grupę szacownych mastodontów. Bronica, Mamiya, Contax czy Rollei wyzionęły ducha, albo zostały sprzedane czy też zredukowane do kadłubków w porównaniu z czasami świetności. Kodak w konwulsjach dokonał żywota. Hassy przetrwał zmieniając właścicieli i dołączając w końcu do cyfrowej rewolucji. I wydawało się, że sprawy mają się dobrze. Ale, jak mawiają, nie chwal dnia przed zachodem słońca. W 2012  r. firma nawiązała współpracę z Sony. Niby nic zdrożnego, gdyby chodziło o technologiczną kooperację. Ale w efekcie jakiś marketingowy geniusz, inteligentny inaczej, wykombinował, że klienci są debilami i można ich oskubać. Wypuszczono więc całą serię produktów Sony pod marką Hasselblada. Pół biedy, że były to te same aparaty NEX, RX100 czy A99. Nieszczęście polegało na tym że były wulgarne i szpetne jak wyrzut sumienia z wadą zgryzu. Postanowiono sprzedawać te wzornicze pokraki, opatrzone nadętymi nazwami Lunar, czy Stellarza cenę ponadtrzykrotnie wyższą niż oryginały Sony. I tu firmę spotkało niemałe zaskoczenie. Okazało się, że klienci jednak nie posiadają kurzego móżdżku, jak autorzy owego marketingowego Wunderwaffe. I tak jak z Wunderwaffe, plan zamiast walnego zwycięstwa przyniósł sromotną klęskę. Klienci jednak mieli gust i rozum. Kto by się spodziewał?

A cała ta historia ma konkluzję w postaci modelu X1D. Wreszcie, zamiast sprzedawać oszukiwać klientów i kreować zyski na nieistniejących produktach, firma przysiadła fałdów i wzięła się do roboty. Zaproponowano produkt, który jest przemyślany, zaprojektowany i ma atuty, dzięki którym może wojować z konkurencją. Dobrze, że do roboty wzięli się inżynierowie planując konstrukcję zamiast magików planujących przychody. I jeśli ci pierwsi uczciwie wykonali swoją pracę, to zyski się pojawią. I można je będzie wreszcie nazwać uczciwie zarobionymi pieniędzmi.

Hasselblad X1D
Średnioformatowy bezlusterkowiec

Matryca – 50 MP CMOS
2 sloty kart SD
3′ ekran LCD
wizjer 920 tys. punktów
wga z baterią 725 g
migawka 1/2000 do 60 min
gorąca stopka kompatybilna z systemem Nikona
nowa linia obiektywów XCD – na początke dostępne będą 45/f 3.5 i 90/f4.5. Możliwe będzie używanie szkieł systemu H poprzez adapter

Francja dla początkujących, paryskie metro (3)

Wszyscy Polacy wiedzą gdzie są najlepsze kasztany. Oczywiście na placu Pigalle. A Zuzanna lubi je tylko jesienią. I Hans to wie. I my wiemy, że on wie. Po prawdzie to nie udało mi się ich tam kupić, a chciałem sprawdzić czy szpiedzy nie kłamią. Znaczy się kłamią. Jednak nie kasztany i Moulin Rouge mnie tu przywiodło. Schodzimy do podziemia, czyli do metra.

Paryskie metro zostało otwarte w 1900 roku z okazji Igrzysk Olimpijskich i Wystawy Światowej. Igrzyska przeszły do historii jako słynące z fatalnej organizacji, złej do tego stopnia, że niektórzy zawodnicy nie wiedzieli, że startują w igrzyskach. Medale zawodnicy dostali pocztą, po igrzyskach. Szczęście, że poczta wtedy działała niezawodnie. Olimpiada się skończyła, a metro pozostało. I dobrze. Do obejrzenia metra jako atrakcji turystycznej chciałbym zachęcić.
Wejście do stacji Pigalle zaprojektowane w stylu secesyjnym przez Hectora Guimarda wygląda tak jak w roku 1900. Oprawa, a zwłaszcza lampy o kwiatowym kształcie stały się symbolami Paryża. Wiele oryginalnych wejść zachowało się właśnie na linii 2, na której jest Pigalle. Linia 2 na odcinku 4 stacji wychodzi na powierzchnię, więc jadąc można podziwiać widoki. Stacja Barbès-Rochecouart usytuowana jest na wiadukcie, a pod nim na poziomie ulicy odbywa się targ ze świeżymi owocami i warzywami. Stacja Couronnes nie różni się znacząco od stacji Pigalle. W historii zapisała się jako miejsce największego wypadku w historii kolejki. W 1903 roku z powodu spięcia w instalacji wybuchł pożar. Zginęły 84 osoby. Drugą tragedią w metrze było zawalenie się dachu stacji Porte Saint-Cloud podczas alianckich bombardowań w 1943, co spowodowało śmierć ponad 400 osób.
Na stacji linii 1 Bastille mijamy pozostałości fundamentów twierdzy na platformie linii 5. Niestety, nie zobaczymy pięknego pawilonu jaki był wejściem do stacji, gdyż został zniszczony w 1960 roku. Podobny pawilon był na stacji l’Etoile. W latach 60, ówczesny prezydent Francji George Pompidou stawia na nowoczesność i 20 oryginalnych projektów Guimarda z początku wieku zostaje zniszczonych. Politykom widać znacznie lepiej idzie psucie niż budowanie.

metro blog 01

metro blog 02

Metro Abbesses na linii 12, które było planem dla ujęć „Amelii”, wyróżnia się pięknym daszkiem krytym szkłem. Wytrwali mogą obejrzeć mural na klatce schodowej. Za darmo, nie licząc kosztu energetycznego pokonania 200 stopni.

Podróżując metrem można natknąć się na muzyków grających w wagonach czy w tunelach. Pamiętam, gdy w czasie jazdy weszło do wagonu dwóch facetów, jeden zwalisty rudzielec wyglądający na Irlandczyka i mały powiedzmy Jamajczyk z dredami. Gdy pociąg ruszył wyciągnęli banjo i trąbkę i zaczęli grać jazzowe standardy. W pewnym momencie Jamajczyk odłożył trąbkę i ochrypłym głosem Louisa Armstronga zaśpiewał C’est si bon. Nie ukrywam, że byłem pod wrażeniem. Można spotkać niezłych muzyków. Wszyscy grający posiadają kartę muzyka EMA (Espace Métro Accords), a by ją uzyskać przechodzą przesłuchania przed komisją. Liczba akredytacji wynosi ok. 350 i każdy pomyślnie przechodzi procedurę.

Ponieważ metro zostało pomyślane dla krótkich pociągów liczba stacji w centrum Paryża jest ogromna, gdyż system liczy 302 stacje. Po wybuchu II wojny zamknięto część stacji z powodu mobilizacji pracowników metra. Po wojnie nie wszystkie uruchomiono ponownie, gdyż niektóre były bardzo blisko innych. Są także stacje – duchy, które nigdy nie zostały otwarte jak Port Molitor czy Haxo.
AmelieBlinde
Może być to wyzwanie dla poszukiwaczy przygód. Jest także stacja specyficzna – Port de Lilas – Cinema wykorzystywana jako plan filmowy. Pamiętacie jak Matthew Kassovitz w „Amelii” wyciągał zdjęcia spod kabiny? To właśnie tu kręcono te ujęcia. Sceny z filmu wojennego „Siła odwagi” z Sophie Marceau nie miały miejsca na stacji Concorde, lecz na Port de Lilas. Jeśli ktoś chciałby skorzystać z takiego pleneru, można to załatwić. Dzień zdjęciowy kosztuje 15 tys do 18 tys euro i dostajemy do dyspozycji piętnastoosobową ekipę obsługi. Port de Lilas uwiecznił w swej piosence Serge Gainsbourg opiewając biletera w metrze. Który oszalał tocząc się tunelami w rytm dziurkowania biletów pierwszej i drugiej klasy, gdyż jeszcze w latach 80. w metrze były wagony pierwszej klasy. Metro paryskie występuje w wielu filmach, choćby w zrealizowanym w 1985 roku filmie Luca Bessona ‚Metro”, którego akcja toczy się w podziemnych tunelach kolejki. Wyjątkowy jest ten film również dlatego, że można zobaczyć Jeana Reno z długimi (własnymi!) włosami.

Poza wszystkim metro daje doskonałą okazję przyjrzenia się paryżanom i wczucia się w rytm miasta. Pomijając kwestię przemieszczania się po francuskiej stolicy.

To be continue, czyli po francuskiemu à suivre.

Felieton zamieszczony na stronie Futbolfejs.pl

Cześć 1: Francja dla początkujących – jedziemy na EURO
Cześć 2: Francja dla początkujących – francuskie śniadanie

Arak, czyli bimber z Flores

indo2014_01_23s

Przy piątku coś by się człowiek napił. Potrzeba uczczenia rozpoczynającego się weekendu nie jest obca w innych kulturach. Jako badacz takich kultur nie pozostaję obojętny na tak istotne elementy lokalnego kolorytu obyczajowego i staram się kulturalnie wypić wszystko, co do wypicia się nadaje. Badanie kultury bez poznania lokalnych zwyczajów spożywania alkoholu jest równie bez sensu co piwo bezalkoholowe. Tym razem natrafiłem na domową bimbrownię produkującą arak. Pamiętając, że arak gęsto w polskiej literaturze się pojawiał nie mogłem pozostać obojętny. Przypomniałem sobie (trzeźwym jeszcze będąc) fragment z „Chłopów”: Zaraz też na szynkwasie Żyd postawił arak i słodką, i asencję, a do tego śledzie… Literatura lotów wysokich, ale melanż araku, słodkiej wódki i śledzi już tak wysokich lotów nie jest i widać, że klasa społeczna żołądki i głowy ma wytrzymałe.
Znowu w Lalce kolejna szklanka araku się pojawia –„Jednym łykiem wypiłem znowu pół szklanki araku z herbatą, na odwagę. Stach tymczasem usłyszawszy kroki w sieni stanął przy drzwiach. Odgadłem, że tak czeka na książęce zaprosiny!… ”
Prus widać z arakiem za pan brat był bo i w Placówce znów trunek się pojawił – „— To jest prawda — odparł szynkarz. — Ale na Boże Narodzenie jakeś się, Maćku, upił, toś mnie tak ściskał, tak całował, że musiałem ci dać na kredyt wódki i piwa, i araku, i jeszcze obwarzanków.”
Sienkiewicz i urzędowym osobom arak zapodawał, co w „Szkicach węglem” swe odbicie znalazło: — Wielka mi rzecz herbata! — odparł niedbale Zołzikiewicz. — A może jeszcze bez araku?
— A nieprawda, bo z harakiem.
— To niech będzie z arakiem, a ja dlatego raportu nie będę pisał.

Zdając sobie sprawę, że rzecz do raportu nie trafi i ja arakiem się uraczyłem. Niestety produkowany tu alkohol to jakaś nędzna berbelucha, gorsza od bimbru karbidem pędzonego. Wersja wzbogacona korzeniem imbiru znakomicie lepsza była, jednak sam alkohol nędzny i słaby.  Czym prędzej dla porównania wyciągnąłem zapobiegliwie z ojczyzny zabraną  Soplicę. 1…, 2…, 3… Liczenie, knockout techniczny. Bimber z Flores leży, kwiczy i wachluje się uszami. Aby rzetelności naukowej stało się zadość kilka szklanek wychyliłem, ale trudno uznać ten zajzajer za dobry alkohol. Bez żalu opuściłem bimbrownię. Zamieniać się chcieli ze mną na moją wódkę. Ha, niedoczekanie frajerzy!

Berek pod Kockiem

Niedawno minęła rocznica powstania w getcie warszawskim i przy tej okazji wspominano ofiary wojny. Dziś przypada inna rocznica także związana z historią żydów w Polsce. W 1809 roku zginął w potyczce pod Kockiem Berek Joselewicz, Pułkownik polskiego wojska, kawaler Virtuti Militari i Legii Honorowej. Podczas Insurekcji Kościuszkowskiej sformował żydowski regiment kawalerii i brał udział w obronie Pragi, gdzie oddział został rozbity, a on sam trafił do niewoli. Wyemigrował do Włoch, gdzie wstąpił do legionów Dąbrowskiego. Przeszedł szlak bitem napoleońskich, m.in. pod Austerlitz i Hohenlindem. Zmarł pod Białobrzegami od ran. Na jego grobie znajduje się poniższa inskrypcja:
„Berek Joselewicz – Józef Berko vel Berk, ur. w Kretyndze na Litwie 1760. Półkownik wojsk polskich, szef szwadronu 5-go pułku strzelców konnych Wielkiego Księstwa Warszawskiego. Kawaler krzyżów Legii Honorowej i Wiktorii. Zginął w bitwie pod Kockiem 1809 roku. Tu pochowany. Nie szacherką nie kwaterką, lecz się krwią dorobił sławy. W stoletnią rocznicę zgonu 1909 r.”

A ilustracją jest obraz Henryka Pilattiego „Śmierć Berka Joselewicza” ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie

Bombaj na Dzień Książki

Indie, Bombaj, Dworzec Wiktorii, pociąg, kolor, c41
fot. Konrad Siuda
Indie, Bombaj, Dworzec Wiktorii, pociąg, kolor, c41
fot. Konrad Siuda

Światowy dzień Książki, co skłoniło mnie do napisania o pewnej książce. Podczas pobytu w Indiach nie mogłem sobie odmówić spaceru tropami bohaterów powieści. Akcja w znacznej części toczy się w Bombaju. Awanturnicza, fabuła jest tak barwna, że wydaje się nieprawdopodobna. Niewiarygodne koleje losu głównego bohatera wystarczyłyby do obdzielenia kilku niezłych powieści. Nie ukrywam, że książka wciąga w taki sposób, że przeczytałem ją ciurkiem zarywając parę nocy. Łażąc po zaułkach Colaby, czy mieszając się z tłumem na peronach Victoria Terminus jakoś mnie łatwiej było uwierzyć w opowiedzianą w książce historię. Marina Drive, gdy minie się Gate of India jest jednym ze spokojniejszych miejsc w 19 milionowej metropolii dając podczas spaceru nieco oddechu od spalin i smrodu jakimi potrafi atakować Bombaj.

©KonradSiuda
©KonradSiuda
©KonradSiuda
©KonradSiuda

Nie omieszkałem również odwiedzić kultowego i centralnego dla intrygi lokalu. Wyjątkowego również dlatego, że można spotkać tam autora powieści. Kto czytał pewnie domyśli, a kto nie wie, to niebawem się dowie🙂

 

Francja dla początkujących – francuskie śniadanie (2)

Jak już człowiek dotelepał się do Paryża i powstał z objęć Hypnosa, to dalszy cel działania, po porannej toalecie narzuca żołądek. Pusty żołądek. Śniadanie!
Plan na piękny czerwcowy poranek tworzy się sam, czyli opuszczamy hotel, by w pięknych okolicznościach przyrody, niepowtarzalnych zresztą, wciągnąć co nieco w jednym z setek bistrotów wygrzewając się na słońcu kocim zwyczajem. I tu trzeba być przygotowanym na konfrontację z galijską specyfiką. Po francuskiemu śniadanie to petit déjeuner. I przymiotnik petit, oznaczający mały, nie jest tu przypadkiem. Otóż posiłek jest rzeczywiście skromny. Kawa i rogalik zwany croissantem, czasem odrobina dżemu i koniec. Można oczywiście poszukać śniadania angielskiego, ale po co robić sobie na dzień dobry wrogów w Paryżu. Można przy tej okazji przypadkiem zostać ofiarą zemsty za porażkę pod Trafalgarem. Angielskie śniadanie jest dowodem, że Anglicy nie lubią nawet samych siebie. Możemy się przekonać, że przy okazji wypowiadania słowa „angielski” Francuzi nagle przestają rozumieć, niedosłyszą, mają pilne sprawy do załatwienia na mieście, dzwoni żona w ważnej sprawie itd. Oznaki sympatii mogą zniknąć i kelnerka zamiast uroczego uśmiechu przywdzieje wyraz twarzy, który Francuzi określają jako podobny do bramy więziennej. Nigdy nie miałem tyle odwagi, by zamówić we Francji angielskie śniadanie. Po pierwsze nie chcę prowokować gospodarzy, po drugie, jak mam już zjeść coś niedobrego, to wolę łykać tabletki. Francuskie śniadanie zostało twórczo rozwinięte w greckich wakacyjnych hotelach pod nazwą śniadania kontynentalnego. Od śniadania francuskiego różni go bułka zamiast croissanta i szczynowata kawa.
Istotnym elementem śniadaniowej taktyki jest miejsce. Jeśli towarzysząca wam lepsza połowa wpadnie na cudowny pomysł posiłku przy Avenue des Champs-Élysées, to przygotujcie się na wstrząsające doznania. Głównie w momencie dostarczenia rachunku. Premia doliczana przez restauratorów w okolicach miejsc turystycznych Paryża nie jest mała, bo i czynsze do niskich nie należą. Może się okazać, że mała szklanka piwa sączona w okolicach łuku Triumfalnego kosztuje tyle, co skrzynka w sklepie. Z drugiej strony, jak już w Paryżu wylądowaliśmy to w końcu nie po to, żeby sobie wszystkiego odmawiać. Czas umartwiania i tak mamy zaplanowany, kiedy przejdziemy pod finansową opiekę ZUS-u, więc pozostawmy robotę przycinania naszego budżetu specjalistom.
Koncept małego śniadanka nie jest wbrew pozorom taki bez sensu, gdyż gospodarze mają inny rytm posiłków i w okolicach godziny 13 następuje uzupełnienie małego śniadanka, które zwie się  déjeuner. Wtedy knajpki się zaludniają i wszyscy zabierają się do pałaszowania dań poważniejszych rozmiarów. I tu drugi powód, dla którego nie warto kutwić we Francji. W końcu trafiliśmy do kraju, gdzie kuchnia jest dumą gospodarzy, więc zamiast klopsików ze słoika warto popróbować co francuska kuchnia ma do zaoferowania. Z nadmiarowymi kilogramami będziemy walczyć po powrocie. Wiadomo, najpierw masa, później rzeźba.
Cześć 1: Francja dla początkujących – jedziemy na EURO
Cześć 2: Francja dla początkujących. Francuskie śniadanie

Felieton zamieszczony na stronie Futbolfejs.pl

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 172 obserwujących.